czwartek, 12 lutego 2015

Jednorazówka: "Na zawsze razem"

*Los Angeles, godz. 1:30pm, poczekalnia przed salą operacyjną*

Siedzę przed tą cholerną salą operacyjną i nadal nie mogę uwierzyć w swoją głupotę. Dla czego to musiało zdarzyć się akurat mnie! Jestem takim debilem! Spojrzałem na zegar wiszący prze de mną na ścianie. Nerwowo stukałem nogą o ziemię, do teraz miałem przed oczyma ten felerny wypadek...

"- Kendall puść mnie - poprosiła Katelyn, moja dziewczyna
- Ani mi się śni! - warknąłem ciągnąc ją za rękę. Sam dziwiłem się swojemu zachowaniu, nigdy ale to NIGDY nie okazałem wobec jej osoby nawet grama agresji... ale teraz... teraz to zupełnie co innego. W klubie w którym akurat przebywaliśmy muzyka była rozkręcona na full. Nawet własnych myśli nie słyszałem. Spojrzałem tylko na Kate, miała łzy w oczach. Czułem się źle robiąc jej krzywdę ale to co zrobiła to po prostu w głowie się nie mieści. Nie dość, że na tej imprezie było pełno typasów którzy tylko czekają aby zaliczyć jakąś laskę to wręcz głupotą jest robić to co odstawiła moja dziewczyna. Oczywiście wiedziałem, że wypiła z dwa piwa i była lekko nietrzeźwa... ale... ech nie znajdę na to wytłumaczenia. - Powiedz mi! Co to miało być! - krzyknąłem na nią gdy tylko wyszliśmy z budynku. Katelyn popatrzyła na mnie cała zapłakana ale mimo to moja złość ani trochę nie złagodniała. Ba! Jeszcze bardziej mnie tym wkurzyła.
- Kendall, ale ale... - dziewczyna zaczynała się jąkać, jednak mało mnie to interesowało. Miała mi to wytłumaczyć tu i teraz!
- Ale, ale! To nie zmienia faktu, że mam cię dosyć! - krzyknąłem wymijając dziewczynę. Blondynka pobiegła za mną co spowodowało, że tylko przyśpieszyłem kroku.
- Kendall zaczekaj! - poprosiła łamiącym się głosem. Zatrzymałem się i zacisnąłem pięści aby jakoś się uspokoić.
-Co?! - warknąłem odwracając się w jej stronę
- Kendall ja nie wiem o co tak się złościsz ale ja nic nie zrobiłam! - krzyknęła a kolejne łzy spływały jej po policzkach
- No jasne! - odparłem sarkastycznie - To powiedz mi kto się rozbierał przed tymi napalonym i fagasami!
- To nie byłam ja! Ja cały czAs rozmawiałam z Erin! - krzyknęła wymierzają mi siarczysty policzek
- Tak to ciekawe, że gdy podszedłem do tej dziewczyny i zawołałem "Katelyn" to zareagowała!
- No jasne, to powiedz mi jak ona wyglądała! - krzyknęła wściekła. Moje oczy zrobiły się wielkie jak spodki, dopiero teraz to zrozumiałem. Szlag by to! Przecież ta dziewczyna miała tatuaż na szyi. Fakt faktem, że była przebrana tak samo jak moja Katelyn ale ten tatuaż był dobrze widoczny. - Teraz widzę jak bardzo mi ufasz! Nienawidzę cię! - krzyknęła i zaczęła biec przed siebie
- Katelyn! Przepraszam! - natychmiast ruszyłem za nią. W jednej chwili przed moimi oczyma rozegrał się istny koszmar. Katelyn przebiegająca przez pasy, czarne porsche wyjeżdżające zza zakrętu i uderzające w nią z ogromną siłą. Ciało dziewczyny przeleciało po dachu auta. Kierowca nawet się nie zatrzymał. 
- Katelyn! - wrzasnąłem i przyśpieszyłem kroku. Gdy w końcu do niej dobiegłem do moich oczu napłynęły łzy. Moja ukochana leżała na ziemi w kałuży krwi, z nosa płynęła jej czerwona ciecz. Bez namysłu zadzwoniłem po karetkę..."

To wszytko moja wina! Gdyby nie ja... to Katelyn była by zdrowa. Patrzyłem się tępo w drzwi za którymi jakieś siedem godzin temu zniknęli lekarze wraz z moją Kate. Tykanie zegara nie dawało mi spokoju. Miałem wrażenie, że ten nieożywiony przedmiot drwi ze mnie śpiewając sobie: "Tik tak czas ucieka, Tik tak, zrób coś z tym, Tik tak albo zgiń...". Po kolejnej godzinie oczekiwań w końcu zza drzwi wyłonił się lekarz. Szybko podniosłem się z krzesła i spojrzałem na mężczyznę z nadzieją w oczach. Lekarz jedynie pokiwał głową przecząco.
- Przepraszam. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. - zaczął
- Pan żartuje tak? - spytałem nie dowierzając. Cały czas miałem wrażenie, że to tylko chory wymysł tego lekarza - To żart tak?! Niech mi pan odpowie! Moja Katelyn jest zdrowa, nic jej nie jest zaraz stąd wyjdzie - sam siebie okłamywałem, przecież ten doktor mówił prawdę. Już jej przy mnie nie ma, straciłem miłość mojego życia tylko i wyłącznie przez własną głupotę.
- Przykro mi – szepnął mężczyzna kładąc rękę na moim ramieniu. W jednej chwili straciłem caly swój świat jak i chęć do życia.
- Przykro mi Katelyn – szepnąłem zamykając oczy i zaciskając pięści. Po moich policzkach bez przerwy spływały łzy. Lekarz dał mi możliwość pożegnania się z ukochaną. Skorzystałem z okazji gdyż... nigdy więcej jej nie zobaczę. Wszedłem do pomieszczenia i usiadłem na krześle obok stołu na którym leżało ciało mojej ukochanej. - Nie długo się spotkamy, obiecuję ci to. Kocham cię na zawsze Katelyn – powiedziałem cicho. Posiedziałem jeszcze chwilę aż na końcu pielęgniarka mnie wyprosiła. Westchnąłem ciężko i wyszedłem. Gdy opuściłem szpital skierowałem się do naszego... znaczy do mojego domu. Po drodze zadzwoniłem do moich rodziców jak i rodziców Katelyn. Ci drudzy od razu oznajmili mi, że to ja powinienem być martwy. Doskonale wiedziałem co oni czują, sam zresztą nie chciałem już żyć....
Od śmierci Katelyn minął miesiąc, niespełna tydzień po tym zdarzeniu. Przyjaciele próbowali mnie pocieszyć jednak nic to nie dało, za bardzo cierpiałem po jej stracie. Przestałem w ogóle jeść i pić ale gdyby nie rodzina i przyjaciele to umarłbym z głodu albo odwodnienia. Siłą musieli wpychać we mnie jedzenie czy picie. Nie wiem dlaczego tak bardzo się mną przejmują, przecież ja już zdecydowałem...
Trzy miesiące, trzy miesiące minęły od śmierci mojej ukochanej ale to nadal tak bardzo boli. Tęsknię za nią całym sercem jak i duszą. Codziennie mam wrażenie, że zaraz wejdzie cała roześmiana i przytuli mnie na powitanie czy tez pocałuje w policzek. Już dawno odciąłem się od otaczających mnie osób. Zamknięty w swoim własnym światku codziennie cierpiałem widząc inne pary, którym w życiu się poszczęściło. Pewnego dnia zdecydowałem, że już dłużej nie mogę tego odwlekać. Napisałem list pożegnalny dla moich bliskich po czym wyszedłem z mieszkania nawet go nie zamykając, w końcu... ja już tu nie wrócę. Poszedłem na sam dach wieżowca w którym mieszkałem. Gdy dotarłem na miejsce poszedłem na samą krawędź dachu. Spojrzałem w dół a jedyne co widziałem to betonowy parking.
- Na zawsze razem – szepnąłem patrząc na wyciągnięte wcześniej zdjęcie mojej ukochanej. Zrobiłem krok do przodu i skoczyłem. Przez chwilę czułem się wolny lecz kilka sekund później poczułem jak uderzam o zimny beton. Już nie musiałem się niczym martwić. W końcu możemy być na zawsze razem.

____________________________________________
Hejo Wam wszystkim :D
Heh jednorazówkę wstawiam dzisiaj bo w czoraj robiłam te cholerne rekwizyty na dzień z językiem obcym -,-"
A co do jednorazówki... coś mi w niej nie pasuje... może dla tego, że prawie wszyscy zginęli? Chyba. Ale uśmiercanie bohaterów to taki mój chory zwyczaj.
To co? Do soboty!

~~Sonny <3333

niedziela, 8 lutego 2015

~"~ Prolog + powitanie ~"~

~_~ Czasem nie wszystko jest takim jakim się wydaje, idealnym przykładem potwierdzającym te stwierdzenie są moi przyjaciele - Logan, James i Carlos. Siebie nie liczę bo wystarczy na mnie spojrzeć i już wiesz, że jestem człowiekiem myślącym w wyjątkowy sposób... bardzo wyjątkowy sposób.  Teraz wracając do moich przyjaciół. Może i wyglądają na inteligentnych, poważnych i dojrzałych facetów ale jeśli mam być szczery to są oni trójką debili, których kocham jak braci. Codziennie chociaż raz śmiejemy się do łez, mam tylko nadzieję, że 
będziemy kumplami na zawsze ~_~


Ze snu wyrwał mnie bliski kontakt z ziemią. Podniosłem się i ziewnąłem przeciągle. W jednej chwili całe mieszkanie się zatrzęsło. Od razu wiedziałem co reszta robi i czyja to sprawka...
- Logan Philip Henderson! - wydarłem się na cały dom. W jednej chwili wspomniany prze ze mnie chłopak pojawił się tuż prze de mną
- Taaak? - spytał a na jego twarzy dostrzegłem błoto? Czy mnie oczy nie mylą? On ma na twarzy błoto
- Co ty robisz, że masz na gębie błoto? - spytałem przyjaciela jednocześnie patrząc na niego z furią w oczach
- Chodź, zobacz. Załatwiłem achtung*, będzie rozróba! - krzyknął i złapał mnie za nadgarstek po czym pociągnął mnie do ogrodu. Gdy się tam pojawiliśmy James i Carlos coś robili w ziemi. Prawdopodobnie zasypywali jakiś dołek
- Chłopaki co robicie? - spytałem zdezorientowany. Nikt mi nie odpowiedział, zamiast tego James wyciągnął z kieszeni zapalniczkę po czym podpalił kilka sznurków wystających z ziemi
- Kryć się! - wrzasnął Pena i w jednej chwili zostałem wepchnięty za przewrócony stół.
- Trzy, dwa, jeden! Demolka! - wrzasnął Henderson i po chwili usłyszeliśmy ogromny huk. Wszyscy wyszliśmy zza stołu a moim oczom ukazała się... wielgachna wyrwa na środku podwórka - O kurwa! Ja chcę jeszcze raz! - krzyknął Logan i pobiegł po jeszcze więcej tego dziadostwa
- Nawet nie próbuj - warknąłem ostrzegawczo łapiąc go w ostatniej chwili za koszulkę
- Ej no Kendall, ty się bawić nie umiesz - oburzył się Logan
- Dokładnie! Zobacz co zrobiliśmy z telewizorem - wtórował mu Pena a James przytargał... mój rozwalony telewizor!
- Co wy zrobiliście! - wrzasnąłem gdy zobaczyłem mój biedny rozwalony telewizorek
- Eeee to jeszcze nic. Żałuj, że nie widziałeś reakcji pani Peterson gdy do jej skrzynki wrzuciliśmy kilka tych maleństw - odparł Logan i wyciągnął z kieszeni kilka małych lasek achtungu
- Idioci - burknąłem i popatrzyłem na doszczętnie zniszczony telewizor  - Macie chociaż pojęcie ile to ustrojstwo kosztowało? - zapytałem z wyrzutem mierząc każdego z nich wzrokiem
- Trzy... nie, nie dwa... może tysiąc dolców? - odparł Carlos
- Cztery tysie bo to był jeszcze ten z dotykowym pilotem, historią oglądanie i innymi dziadostwami. Tak więc dziękuję wam bardzo za rozjebanie tak drogiego sprzętu! - wrzasnąłem i wróciłem do mieszkania w cale nie przejmując się dziurą w ogrodzie
- James to nie był ten grat sprzed trzech lat!? - usłyszałem wrzaski Hendersona, gdy usiadłem w salonie, w którym już niestety nie było telewizora przez pomieszczenia niespodziewanie przebiegł Maslow a za nim Logan. Brunet coś krzyczał, że zabije go za ten telewizor albo coś w tym stylu.
- Idioci - zaśmiałem się cicho i założyłem słuchawki na uszy i puściłem ulubioną playlistę.

_____________________________________________________________
*Achtung - zwykła petarda, które zdemoluje prawie wszystko

Haha, no i mamy prolog w którym chłopcy rozwalają telewizor i demolują podwórko xD Jak widać raczyłam ruszyć swoje cztery litery i zabrałam się od nowa za bloga, nie kasuję poprzednich rozdziałów bo po co? Przynajmniej mogę się pośmiać sama z siebie jakie to błędy ortograficzne narobiłam. Oczywiście moja interpunkcja nadal leży i kwiczy... chociaż z ortografią jest nieco lepiej XD Ogółem cały blog zmienił nazwę na "Elevate" - jest prościej i lepiej jeśli chodzi o brak polskich znaków.
"~"~"
A teraz konkrety:
- W tą środę pojawi się jednorazówka
- W sobotę wstawię rozdział
- Znowu będę torturować swoją znajomością j. Polskiego XD

"~"~"
1. I takie zasadnicze pytanko, kto chce mnie zabić za tak długą nieobecność?
(oczywiście, że wszyscy)
2. A kto się NIE cieszy, że wróciłam?
(no oczywiście, że wszyscy się nie cieszą)

"~"~"
To do następnego rozdziału i jednorazówki ^^ Miłego poniedziałku życzę Wam wszystkim :)

~ Sonny <3333

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 27

*Kendall*
- Carlos rusz się zaraz jedziemy!  Katie wypuść tą wiewiórkę! Jo zostaw te torby, są zbyt ciężkie! - gorzej jak z małymi dziećmi, dobra Jo to jeszcze rozumiem, jest uparta i nie łatwo ją przekonać do zmiany zdania ale Carlos i Katie to już porażka. Młoda chciała przemycić dziesięć wiewiórek, potem tłumaczyła się, że chciała nauczyć je sztuczek aby zarobić kasę. Natomiast Carlos nie chciał nigdzie jechać bez Mirandy. Czyjeś zaginięcie trzeba zgłosić policję a nie szukać tej osoby na własną rękę. W końcu po godzinie udało nam się go zaciągnąć do busa. Oczywiście stała by się tragedia gdybyśmy dojechali do domu na czas, akurat gdy zostało nam pół godziny do wyjechania z lasu jakiś facet zatrzymał nas tłumacząc, że kręcą film a my musimy zrobić objazd.
- Logan ile... - nie dokończyłem bo przyjaciel mi przerwał
- Od 4 do 5 godzin.
- Co?! - krzyknęły dziewczyny
- No przepraszamy ale to nie nasza wina. - odparłem zgodnie z kumplem. Spojrzałem na zegarek była 17.
- Ja idę spać. - mruknął Carlos i zniknął nam z oczu. Dziewczyny rozmawiały więc ja postanowiłem posłuchać trochę muzyki. Założyłem słuchawki i włączyłem ulubioną playlistę. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Obudziłem się w moim pokoju, obok mnie siedziała Jo, która uśmiechała się lekko. Już chciała wstać i wyjść ale złapałem ją za nadgarstek i pociągnąłem tak mocno, że upadła na łóżko tuż obok mnie.
- Kendall! Ja jutro idę na 7 do pracy. - mruknęła niezadowolona
- I co w związku z tym? - spytałem obojętnie
- Muszę iść do siebie. - odparła stanowczo
- Nie, zostaniesz ze mną.
- Kendall, zachowujesz się jak małe dziecko. - zaczęła, ja natomiast przytuliłem się do niej jeszcze mocniej ją obejmując
- W cale nie.
- Ta jasne, a teraz to co?
- Josephine Taylor, nie masz nic do gadania. Zostajesz ze mną i basta. - uśmiechnąłem się tylko i czekałem na odpowiedź Jo
- Dobra ale jutro cię zabiję...  - uśmiechnęła się wesoło
- Ok, jutro mnie zabijesz.
- Zatłukę cię gołymi rękami. Albo nie, lepiej baseballem... - powiedziała wesoło -  Taaak... kijaszkiem. - dodała z rozanieloną miną i zrobiła zamach w powietrzu
- Ale, że zaraz kijem?
- Tak. - odparła krótko
- No niech ci będzie. Dobranoc skarbie. - zaśmiałem się i pocałowałem ją delikatnie
- Dobranoc. - wtuliła się w mój tors i zasnęła

*Logan*
Gdy tylko przyjechaliśmy w pierwszej kolejności pomogłem Camille z torbami. Potem udałem się do naszego mieszkania, wziąłem szybki prysznic i poszedłem do łóżka. Na dworze szalała burza ale mimo to próbowałem zasnąć. Już prawie zasnąłem gdy mój telefon zaczął dzwonić. Szybko odebrałem, dzwoniła Camille. Ciekawiło mnie co chciała o de mnie.
- Halo? - mruknąłem
- Logan? Przepraszam jeśli cię obudziłam ale możesz do mnie przyjść?
- Jasne skarbie zaraz będę. - nie czekając na jej odpowiedź rozłączyłem się. Zabrałem ze sobą telefon i skierowałem się do mieszkania mojej dziewczyny. Poszedłem schodami aby czasem Bitters mnie nie przyłapał, bo gdyby tak się stało to dopiero miał bym kłopoty. Gdy doszedłem do mieszkania zapukałem a drzwi otworzyła mi moja dziewczyna. Na nogach miała jasno różowe kapcie a w rękach trzymała dużego pluszowego misia, którego dostała o de mnie na walentynki w zeszłym roku. W jednej chwili zagrzmiało, Camille pisnęła i przytuliła mocniej misia. - Tylko mi nie mów, że burzy się boisz. - zaśmiałem się wchodząc fo jej mieszkania
- Nie widzę w tym nic śmiesznego. - wymamrotała siadając po turecku na kanapie
- No nie mów mi tylko, że teraz się obrazisz. - uśmiechnąłem się siadając obok niej
- Nie, nie obraziłam się. - znowu zagrzmiało. Dziewczyna ponownie ścisnęła pluszaka
- Chcesz abym został z tobą? - spytałem tuląc ją do siebie
- Mhmmm... - pokiwała twierdząco głową
- No dobrze. A teraz zmykamy do łóżka bo chyba jutro masz ważne przesłuchanie.
- No tak. - odparła kierując się w stronę sypialni
- Dobrze więc czas spać. - pocałowałem ją w czoło i przykryłem nas kołdrą
- Dobranoc skarbie. - odparła i zasnęła

*Miranda*
- Ty myślisz, że ja taka głupia jestem?! - krzyknęłam wściekła
- Tak, moim zdaniem jesteś jeszcze większą idiotką niż wcześniej. - odparł rozbawiony - Dobra przejdź do sedna sprawy bo przynudzasz. - mruknęłam
- Cóż... chciałbym abyś z powrotem do nas dołączyła... - odparł spokojnie
- Ty chyba sobie jaja robisz?! Już wolę jeść ziemię! Już raz popełniłam ten błąd i zaufałam tobie! Wiesz jak ja się czułam?! Jak jakaś brudna szmata bez życia! - krzyknęłam wściekła
- Ciszej bądź! Jak szef się dowie, że cię tu trzymam to będzie z nami kiepsko! - wycedził przez zęby
- Aha! Czyli najpierw jestem jakąś tam służącą a teraz zwierzątkiem domowym, które trzyma się Bóg wie gdzie?! -  krzyknęłam wściekła wymachując rękami w powietrzu
- Lepiej się ucisz bo... - jak na zawołanie do pomieszczenia wszedł ten cholerny dupek - ...cudownie! Czyli mam przejebane - dokończył spuszczając głowę i patrząc się na swoje buty
- Nie myślałem, że cię jeszcze tutaj zobaczę... - zaczął
- Weź się wypchaj, a ty Matt - wskazałam palcem na tego kretyna który mnie tu przywlekł - pokaż mi jak się z tąd wydostać albo przy pierwszej lepszej okazji rozwalę ci łeb!
- Ale panienko po co te nerwy. - odezwał się szef Matta. Jak ja nienawidziłam tego gościa, już raz zniszczył mi życie i drugi raz do tego nie dopuszczę
- Nie chcę cię widzieć. Spieprzyłeś mi życie. - mruknęłam
- Kiedyś mówiłaś coś innego... w ogóle byłaś inna. Taka tajemnicza, troszkę wkurzająca, skora do bójek i bez wahania mogłaś zabić człowieka. - oparł się o ścianę, ze spodni wyciągnął małą buteleczkę wódki po czym bez zastanowienia wlał w siebie alkohol
- Kiedyś to kiedyś, a teraz jest teraz. - odparłam obojętnie
- Łyczka? - spytał wyciągając do mnie rękę w której trzymał kolejną butelkę wódki
- Nie dzięki, nie piję. - już sam zapach wywołał u mnie odruch wymiotny
- No nie do pomyślenia! Kiedyś alkohol, narkotyki, dopalacze i inne takie pierdoły to przecież był twój żywioł!  - zawołał rozbawiony
- Kiedyś oraz był. Radzę ci zastanowić się nad znaczeniem tych słów.
- Ja już nie rozumiem co cię tak zmieniło... - zastanowił się gładząc brodę
- Może jej nowy kochaś ją tak zmienił! - wypalił Matt
- Śledzisz mnie?! - wypaliłam, cholera! Skąd on wiedział o Carlosie... przecież zawsze zacierałam za sobą ślady...
- No proszę, znalazłaś sobie kogoś... ciekawe czy on wie o twojej przeszłości.
- On nic nie wie! Śledziłem ją codziennie! Nic mu nie mówiła! - wykrzyczał. A jednak! Ten dupek mnie śledził, czyli dobrze czułam, że ktoś mnie obserwuje
- To wręcz cudownie! - mężczyzna rozłożył ręce - To więc robimy tak kochana, ja cię stąd wypuszczę a twój chłoptaś nie dowie się o twojej przeszłości ale jest jeden warunek. Będziesz mi musiała oddać przysługę, jeszcze nie wiem kiedy ani jaką. Ale kiedy będę cię potrzebował skontaktuje się z tobą. Zgoda? - spytał podkreślając ostatnie zdanie. I co ja miałam zrobić? Musiałam przystać na jego umowę bo inaczej moje życie znowu legnie w gruzach. Nie po to wyjechałam z Detroit aby moje życie na n owo się zjebało.
- Zgoda. - niechętnie zgodziłam się na jego propozycję
- Matt, odprowadź panienkę pod sam dom.
- Nie trzeba, chcę tylko wiedzieć jak stąd wyjść. - mruknęłam po czym ruszyłam za chłopakiem

_________________________________________________________________________________
Kurcze, to chyba najdłuższa przerwa jaką kiedykolwiek zrobiłam. Na prawdę was przepraszam, ale 12 wyjechałam na wakacje a wróciłam 22. Potem jakieś przeklęte choróbsko trzymało się mnie od 25 do 3.08. A na dodatek dopadł mnie brak weny więc rozdział pojawia się tak późno. Jeszcze raz was przepraszam :( Obiecuję, że kolejny rozdział pojawi się szybciej

piątek, 11 lipca 2014

Rozdział 26

*Jo*
- Długo będziesz się gniewać na Kendalla? - spytała Camille
- Nie wiem, ale chcę dać mu di zrozumienia, że czasem zwykłe "przepraszam" to za mało. - odparłam, moja przyjaciółka skinęła delikatnie głową i ukardkiem spojrzała na Logana.
- Czy między tobą a Loganem coś się wydarzyło? - spytałam z nienacka
- Nie, a czemu pytasz?
- Spójrz na swoją szyję. Prawa strona. - uśmiechnęłam się i podałam Camille lusterko
- O kurwa... - szepnęła i natychmiast zakryła miejsce na swojej szyi które było zakolorowane na czerwono
- A mówiłaś mi, że nie. - zaśmiałam się wesoło
- No co... - mruknęła zawstydzona
- Nic nic tylko... - nie dokończyłam bo podszedł do nas Kendall
- Umm Camille możesz zostawić nas samych? - zapytał nieśmiało. Dziewczyna jedynie skinęła głową i odeszła
- Jo, ja... jest mi tak strasznie przykro. - szepnął
- Powtarzasz się. - odparłam obojętnie
- Wiem ale jest mi tak stra... - nie dokończył bo chwyciłam go za koszulę, przyciągnęłam do siebie i pocałowałam
- Zamkniesz się już? - spytałam patrząc mu głęboko w oczy gdy oderwałam się od niego
- Mhm... - pokiwał twierdząco głową - Czyli mi wybaczasz? - dodał z nadzieją w głosie
- Pewnie, że tak wariacie. - uśmiechnęłam się i znowu go pocałowałam
- O matko, Jo. Podoba mi się sposób w jaki mi wybaczyłaś. - uśmiechnął się i popatrzył na mnie wesoło. W jednej chwili usłyszeliśmy krzyk Logana
- Kelly! Sprowadź pieski! Ja muszę popracować!
- Aha, Carlos jest w złym humorze...
- Czemu? - spytałam
- Słuchaj, zawsze kiedy Los ma zły humor to zawsze Logan robi różne miny i inne takie aby go rozweselić. - powiedział całując mnie w policzek
- No ale czemu jest smutny? - zapytałam z troską w głosie
- No nie wiem...  chodźmy sprawdzić. - złapał mnie za rękę i dołączyliśmy do reszty

*Carlos*
- Miranda gdzie jesteś!? Prosze nie rób mi tego! Kochanie, gdzie ty jesteś!? Miranda pokaż się!!! - krzyczałem, nie wiedziałem gdzie ona jest. Na prawde bałem się o nią, biedna mogło jej się coś stać. Nie widziałem Mirandy od ok. 6 godzin, poszła pobiegać i nie wróciła. Ale Miranda to Miranda, twarda z niej laska. Powinna sobie poradzić. A co jeśli leży teraz cała zakrwawiona pod jakimś krzakiem!? Dobra Carlos uspokój się... twoja dziewczyna jest twarda więc będzie ok. Szukałem jej jeszcze kilka godzin aż w końcu zrezygnowany wróciłem do naszego obozu.
- No weź Carlos. Wszystko będzie dobrze. - zaczęła Camille
- A co jeśli coś jej się stało!? -krzyknąłem przerażony
- Kelly! Sprowadź pieski! Ja muszę popracować! - krzyknął Logan udając Gustavo
- Stary to mi i tak nie pomorze...
- Co się stało? - spytała Jo podchodząc do nas wraz z Kendallem
- Miranda zniknęła... - szepnąłem
- Nie martw się. Na pewno wróci. - pocieszyła mnie Jo
- Ale z Ciebie wieprz
O tak, wielki wieprz
Ty wyglądasz jak wieprz
I cuchniesz jak wieprz - zaczął Kendall
- Ale z Ciebie wieprz
O tak, wielki wieprz
Wyglądasz jak wieprz - tym razem Logan dołączył się do śpiewania
- I cuchniesz jak wieprz - zakończyłem - Chyba macie racje, może za bardzo się o nią martwię...
- Wszystko będzie Ok. - uśmiechnął się Kendall

*Susan*
- Moja mała Li'l Red. - szepnął i pocałował mnie w policzek.
- Li'l Red? - zdziwiłam się - Nigdy tak do mnie nie mówiłeś.
- No to może zacznę... - zaśmiał się wesoło
- Ty lepiej tam gotuj te spaghetti. - uśmiechnęłam się
- To ty wyciągnij talerze i sztuśce jeśli możesz
- Oki doki. - odparłam i wyciągnęłam to o co prosił mnie James a po chwili mogłam spróbować jego spaghetti, muszę przyznać, że było PYCHA! Po kolacji obejrzeliśmy film, w trakcie seansu zasnęłam. Obudziłam się dosyć wypoczęta. Wzięłam czyste ubrania i poszłam się odświeżyć. Potem włączyłam radio, usiałam na kanpie gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Okazało się, że przyszedł Andrew. Zaprosiłam go do mieszkania i zrobiłam nam herbatę. W pewnym momęcie rozmowy Andrew zapytał:
- Chyba niezbyt układa ci się z Jamesem... - zaczął
- Wrecz przeciwnie, a poza tym to co ci do tego?
- Cóż... - Andrew zrobił krok do przodu a ja się cofnęłam
- Odejdź, Andrew.
- Dlaczego? Chcę tylko z tobą porozmawiać. - kolejny krok do przodu. Kolejny krok w tył.
- Nie chcę z tobą rozmawiać. Zostaw mnie w spokoju. - Kolejny krok do przodu. Kolejny krok w tył.
- No, nie bądź taka. - próbowałam przejść obok, ale Andrew chwycił mnie za ramię i pociągnął mnie z powrotem.
- Puść moje ramię, Andrew.
- Nie sądzę - powiedział ściskając moje ramie coraz mocniej, miałam wrażenie, że jeszcze chwila i wbije mi się do krwi. Zrobiłam kilka kroków do tyłu, próbując się wyrwać, gdy poczułam ścianę za plecami.
- Puść mnie! - nalegałam, bałam się coraz bardziej. Dosłownie czułam na sobie jego oddech
- James cię nie kocha, jest z tobą tylko z litości. Susan będziesz moja. - szepnął mi do ucha przesuwając ręce wdół na moje biodra. - A ja zawsze dostaję to, co chcę.
- N-nie zostaw mnie!  - mimo iż nic nie widziałam to moje oczy były szeroko otwarte ze strachu. - Nie rób tego, proszę!
- Zamknij się! - warknął, przyduszając mnie jeszcze mocniej do ściany. - Mógłbym zrobić to tak ostro, że nie będziesz w stanie chodzić przez tydzień...
- Proszę, nie rób tego! - szepnęłam gdy zdarł ze mnie bluzkę, łzy napłynęły mi do oczu. - Przestań...
- Nie. - zaczął zbliżając się do za pięcia mojego stanika. - Już nigdy tego nie zapomnisz, Susan... dopilnuję tego.
- Nie, proszę! Zostaw mnie!
- A niby dla czego mam cię zostawić? - mruknął odpinając mój stanik. Pozostało mi tylko czekać, byłam zbyt słaba więc wykorzystał okazję i zaczął całować moją  szyję i pociągnął moje dżinsy do kostek. - Dobra dziewczynka, Susan. - zaczął. - Cieszę się, że w końcu zmądrzałaś,moja droga.
- Nienawidzę cię - prychnęłam - Jesteś psychicznie chory...
- Zależy mi na tobie, wiesz? - szepnął ochryple - Gotowa?
- Nie! porazostatni, mówię, że masz wynosić się o de mnie! - w jednej chwili poczułam jak odrobina moich sił wraca do mnie,  więc próbowałam go od siebie odepchnąć ale on złapał mnie za ramiona i szarpnął aż uderzyłam głową w ścianę. - Przestań, Andrew! - błagałam
- Co ty robisz? Zostaw ją! - usłyszałam czyjś krzyk, to był James. Jak ja się cieszyłam, że wrócił. Cała się trzęsłam a nogi miałam jak z waty. - Jeśli kiedykolwiek spróbujesz skrzywdzić Susan to gwarantuje, że cię kurwa zabije! - potem słyszałam trzask zamykanych drzwi. Znalazłam swoje ubrania i mimo trzęsących się rąk szybko założyłam je na siebie. Usiadłam pod ścianą i próbowałam uspokoić się.
- Kochanie... - poczułam rękę Jamesa na policzku
- Odejdź. - powiedziałam bez dłuższego zastanowienia
- Czy ten bydlak zrobił ci krzywde? - spytał ignorując to co powiedziałam przed chwilą. - Susan... proszę powiedz coś. - przytulił mnie do siebie
- A co mam ci powiedzieć? To, że ostrzegałeś mnie przed nim a ja cię nie posłuchałam? To chcesz usłyszeć?! - krzyknęłam i najzwyczajniej w świecie rozpłakałam się jak małe dziecko. To było dla mnie za dużo...

_________________________________________________________________
Hejka, moim zdaniem rozdział jest do kitu ale chciałam coś dodać tylko mój mózg chyba szwankuje bo ostatnio nie mam pomysłów na rozdziały :/ Może to też wina tego, że przefarbowałam się na rudo? No prędzej na ognistą czerwień bo niechcący pomyliłam farby i kupiłam nie tą co trzeba i teraz mam włosy jak Ariana Grande w 2010 roku. No ale plus jest taki,że jak założę sukienkę (chociż zakładam je raz na ruskich rok) i zamiast okularów złożę soczewki to prawie nikt z moich przyjaciół mnie nie poznaje. No dobra to do nn.

~Sonny <3333

wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział 25

*Miranda*
-Na trzy, tylko nie spękaj dziewczyno. Raz...jestem już blisko, dwa...jeszcze moment, trzy!-krzyknęłam, zaczęłam biec i przeskoczyłam przez te cholerne drzewo. Gdy stanęłam na ziemi usłyszałam trzask łamanych gałązek. Zmierzyłam wzrokiem wszystko dookoła, w jednej chwili poczułam jak przez moje ciało przechodzi nieprzyjemny dreszcz. Spojrzałam na pobliski krzak, coś się tam poruszyło. Chciałam biec ale nie mogłam, czułam się jak sparaliżowana. Czułam też jak z nerwów mój żołądek wiąże się w twardy supeł. Coś przebiegło mi przed oczami i nie przypominało ani lisa ani jelenia, na pierwszy rzut oka to "coś" wyglądało jak człowiek. Rzuciłam kamieniem w miejsce gdzie stoi krzak. W odpowiedzi usłyszałam warczenie, ale nie zwierzęcia tylko... motoru? Ruszyłam w kierunku z którego dochodzi dźwięk. W jednej chwili usłyszałam za sobą czyjś głos.
- Co ty tu robisz maleńka, co? - odwróciłam się i zobaczyłam za sobą napakowanego faceta. W porównaniu z nim wyglądałam jak Calineczka. Chciałam teraz uciec gdzie pieprz rośnie ale ten facet mógł by wezwać na pomoc swoim "przyjaciół" i to w tedy dopiero miałabym problem. - Odpowiadaj! - krzyknął po czym uniósł na de mną rękę. Odruchowo zakryłam się dłońmi i czekałam na to co zamierzał zrobić. Zamknęłam mocno oczy w obawie, że dostanę mocniej niż sobie to wyobrażam. Jednak minęła minuta i nic, kolejna minuta i znowu nic. Powoli opuściłam ręce i otworzyłam oczy, ten facet zniknął... tak po prostu... Odwróciłam się w drugą stronę, już miałam iść gdy wpadłam na tego samego mężczyznę co poprzednio
- Ja tu tylko tak przypadkiem... nie myślałam, że ktoś tu jest... - szepnęłam drżącym głosem. Mężczyzna nic nie odpowiedział tylko złapał mnie za nadgarstki i zaczął gdzieś ciągnąć - Puść mnie! - krzyknęłam błagalnym głosem, chciałabym aby teraz Carlos był ze mną, na pewno by mi pomógł...
- O nie moja droga. Idziesz ze mną. - odparł i pociągnął mnie mocniej. Po chwili mężczyzna przystanął przed jakąś szopą po czym otworzył drzwi i wepchnął mnie do środka i zatrzasnął drzwi z hukiem. Nie wiedziałam co zrobić, Początkowo próbowałam wyważyć drzwi jednak nic to nie dało. Usiadłam pod jedną ze ścian i przeczesałam wzrokiem pomieszczenie. Moim oczom ukazała się dość duża dziura przez, którą do tej cholernej szopy wpadało chociaż troszkę światła. Podeszłam do wyrwy w ścianie po czym przykucnęłam aby zobaczyć czy się zmieszczę. Na moje szczęście mogłam tamtędy wydostać się bez problemu. Najpierw wyciągnęłam jedną rękę a potem drugą, niestety, w tym samym czasie przechodziła jakaś osoba, która nadepnęła na moją prawą rękę.
- Cholera jasna! - krzyknęłam z bólu, spojrzałam na moją rękę. Była cała czerwona i pulsowała. W jednej chwili drzwi od szopy skrzypnęły. W jednej chwili poczułam jak coś ostrego kłuje mnie w ramię potem widziałam już tylko zamazany obraz.

*Camille*
Obudziłam się wtulona w Logana. Na samą myśl o tym co zdarzyło się w nocy zrobiło mi się tak jakoś ciepło. Podniosłam delikatnie głowę aby go nie obudzić, następnie wstałam i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic po czym owinięta ręcznikiem wyszłam z łazienki w poszukiwaniu swoich ubrań. Wróciłam do sypialni aby tam poszukać moich ciuchów. Kiedy weszłam do pokoju Loggie spał w najlepsze, moją uwagę przykuła mała sterta ubrań znajdująca się na szafce nocnej. Wzięłam do ręki karteczkę, która leżała na ubraniach.
- "Kupiłem ci tą sukienkę o której mi mówiłaś. Mam nadzieję, że rozmiar i kolor pasuje. Kocham cię, Logan :*" - przeczytałam tekst z tej karteczki po czym spojrzałam na błękitną i przewiewną sukienkę. Obok leżały pasujące do tego baletki oraz... bielizna... tak, mój Logan o wszystkim pomyślał... Zgarnęłam ciuchy i poszłam się ubrać. Kiedy wyszłam z łazienki coś a raczej ktoś złapał mnie w pasie i całuje w policzek.
- Już wstałaś skarbie? - usłyszałam za sobą głos Logana
- Jak widać tak.- odparłam uśmiechając się lekko
- Wracamy do reszty? - spytał ni z tego ni z owego
- Chętnie. - odparłam i wyszliśmy z domku, Logan zakluczył drzwi i razem ruszyliśmy w stronę naszego obozu. W końcu już za dwa dni wracamy.

*Kendall*
-Jo przepraszam cię. Ja nie chciałem.-szepnąłem całując ją delikatnie w policzek. Blondynka nic nie odpowiedziała, nadal siedziała zdenerwowana na kocu i patrzyła się tempo przed siebie. -Kochanie... wybacz mi, proszę. Nie gniewaj się na mnie.-powiedziałem robiąc psie oczka. Popatrzyłem na moją dziewczynę i przytuliłem ją delikatnie.
- Daj mi spokój. - mruknęła zła. W jednej chwili ktoś wszedł do namiotu, tym kimś okazała się być Katie
- Oj, sorki. Nie chcę wam przeszkadzać, już sobie idę... - już chciała wyjść ale Jo ją zatrzymała
- Katie zostań, Kendall właśnie wychodził. - odparła patrząc na mnie. Ja jedynie niechętnie pokiwałem twierdząco głową po czym wyszedłem z namiotu. Poszedłem w stronę jeziora. Gdy byłem już na brzegu bez namysłu wskoczyłem do zimnej wody. Dopiero gdy dopłynąłem na środek jeziora zorientowałem się, że Katie wywaliła wszystkie moje ubrania. Skarciłem się w myślach ale nie zwróciłem na to większej uwagi tylko wróciłem do pływania. Zaczęło się ściemniać więc postanowiłem w końcu wyjść z wody. Kiedy dotarłem na brzeg zobaczyłem, że jest ciemno jak... chwila jak to mówił mój dawny nauczyciel z podstawówki... a no tak! Jest ciemno jak u murzyna w dupie. Zaśmiałem się i z bananem na twarzy wróciłem do namiotu. Okazało się, że Katie już spała, natomiast Jo leżała na plecach i słuchała muzyki. Gdy mnie tylko zobaczyła przykryła się kocem i schowała twarz w poduszkę. Westchnąłem cicho po czym wziąłem jeden koc i wyszedłem z namiotu. Koc rozłożyłem obok ogniska po czym położyłem się na nim. Nie chciałem denerwować Jo więc postanowiłem, że prześpię się dzisiaj pod gołym niebem. Leżałem tak i wpatrywałem się w gwiazdy, które coraz lepiej było widać gdy usłyszałem dźwięk łamanej gałązki, Podniosłem się do pozycji siedzącej i rozejrzałem się wkoło. Okazało się, że byli to Logan i Camille. Logan powiedział coś swojej dziewczynie na ucho po czym ona weszła do namiotu a on zaczął iść w moim kierunku.
- Hejka stary, co robisz? - spytał siadając obok mnie i wrzucając parę gałązek do ogniska.
- Siedzę, myślę i mam ochotę sprzedać sobie kopa w tyłek. - powiedziałem na co Logan tylko się zaśmiał. Spojrzałem na niego krzywo a ten w jednej chwili przestał się śmiać.
- No to co się stało? Kłótnia z Jo? Katie cię wkurzyła? - spytał
- Druga opcja... no coś w tym stylu - mruknąłem po czym znowu położyłem się na kocu i spojrzałem w niebo na którym coraz lepiej można było wypatrzeć gwiazdy.
- To co zrobiłeś, że się z nią pokłóciłeś? - zapytał rozglądają się w koło. Przeczesałem ręką włosy i wytłumaczyłem mu zaistniałą sytuację.

*James*
- Zaraz wrócę kochanie, muszę tylko coś załatwić. - ucałowałem Suzan w policzek i wyszedłem z mieszkania. W pierwszej kolejności poszedłem do studia, oczywiście nie obyło się bez kazania, które wygłosił mi Gustavo. Udawałem, że słucham go uważnie, jednak wyłączyłem się przy słowach "Siadaj James" potem słyszałem już tylko "bla bla bla". W końcu mogłem wyjść ze studia. Bez namysłu skierowałem się do pobliskiego marketu. Postanowiłem zrobić dla Suzan kolację więc kupiłem mięso wołowe, pomidory, ser parmezan, cebulę, bazylię, makaron, oliwe z oliwek oraz sól i pieprz. Zapłaciłem za zakupy i raźnym krokien ruszyłem do domu Suzan.
- Suzan jesteś w domu? - zawołałem od progu. Nikt nie odpowiedział, natomiast z salonu do moich uszu dobiegł męski oraz kibiecy śmiech. Kiedy tylko jakiś mężczyzna zabrał głos podziałało to na mnie jak płachta na byka. Bez zastanowienia zostawiłem zakupy w korytarzu i ruszyłem do salonu. Stanąłem w progu gdy jakaś blondynka spojrzała na mnie, miałem wrażenie, że na mój widok oczy jej się zaświeciły.
- Czyli to jest James... - blondyna spojrzała w moją stronę i ukradkiem uśmiechnęła się zalotnie
- Tak to ja. - powiedziałem bez emicji i usiadłem obok Suzan całując ją w policzek, po czym zacząłem lustrować wzrokien czarnowłosego towarzysza kobiety. Zauważyłem, że gapi się na Suzan, głownie to na jej biust. Boże gdybym tylko mógł przywalić temu debilowi to był bym w siódmym niebie! Nie tylko mi ten facet nie przypadł do gustu, suczka Suzan - Alaska ciągle patrzyła nieufnie na niego. Za każdym razem kiedy mężczyzna wykonywał jakiś ruch w kierunku rudej Alaska szczerzyła zęby i cicho warczała. W końcu ta dwójka wyszła, wreszcie mogłem odetchnąć z ulgą. Już sama myśl o tym, że jakiś napalony frajer mógł dobierać się do mojej dziewczyny przyprawiała mnie o mdłości.
- Kim oni byli? - spytałem
- Ta kobieta to moja kuzynka, ma na imię Jennifer. A ten mężczyzna to Andrew, jej chłopak. - uśmiechnęła się pogodnie w moją stronę.
- "Skoro ten cały Andrew jest chłopakiem kuzynki Suzan to z jakiej paki gapi się na moją dziewczynę jakby zaraz miał... Boże James ogarnij się!" - skarciłem się w myślach
- Czemu pytasz? - na ziemię sprowadził mnie głos ukochanej
- Tak tylko pytałem. Chyba, że nie mogę. - zaśmiałem się w odpowiedzi na pytanie mojego kochanego rudzielca
- Pewnie, że możesz. - uśmiechnęła się lekko wstając z kanapy
- No a już myślałem. - ucałowałem ją w policzek po czym zabrałem się za przygotowanie kolacji.
__________________________________________________
Hej, znowu mnie długo tutaj nie było :( No ale są wakacje więc praktycznie cały dzień nie ma mnie w domu. Jak wychodzę z przyjaciółmi na miasto np. o 13 to wracam do domu dopiero o północy i jestem tak wymęczona, że piszę tylko malutki fragment rozdziału a potem zasypiam. Na serio muszę się w końcu ogarnąć... do nn kochani ;)

~Sonny <3333

sobota, 21 czerwca 2014

Jednorazówka: "Tylko przyjaźń?"

*Logan*
-Logan chcesz herbatę?-usłyszałem krzyk Kendalla. Tak się składa, że jestem chory a biedny Kendall musi mi wszystko przynosić. Mówiłem mu, że dam sobie radę ale on uparł się, że pomorze mi bo i tak nie ma nic ciekawego do roboty.
-Nie.-odparłem krótko zachrypłym głosem
-I tak ci przyniose. Z miodem czy cytrynką?-odpowiedział. Zdziwiło mnie to troszkę, 'czytrynka', Kendall chyba jeszcze ani razu nie urzył przy mnie tego słowa.
-Z miodem.-odpowiedziałem gdy usłyszałem dźwięk oznaczający nowego SMS-a. Wziąłem telefon leżący na szafce nocnej i sprawdziłem wiadomość, pisała Erin- moja dziewczyna. Pytała się czy wszystko jest ok i czy czegoś m nie trzeba, pomyślałem chwilę po czym odpisałem: "Wszystko jest ok kochanie, jak widać jeszcze żyje. Nie potrzebnie się martwisz. Niczego mi nie trzeba bo wszystko mam. Może wpadniesz do mnie dzisiaj?"- kliknąłem wyślij, pozostało mi tylko czekać aż Erin odpisze. W między czasie przyszedł Kendall z herbatą.
-Prosz, herbata z miodem.-uśmiechnął się podając mi kubek. Wziąłem od niego kubek po czym zamyśliłem się chwilkę. "Już od trzech miesięcy Kendall zachowuje się jakoś dziwnie, ciągle się uśmiecha a już w szczególności do mnie. Między nami jest tylko przyjaźń, prawda? Ale nie będę wyciągać pochobnych wniosków, czas pokarze co jest z Kendallem"-pomyślałem sobie gdy usłyszałem głos wspomnianego blondyna.
-Logan, co jest z tobą?-spytał machając mi ręką przed oczami. Wziąłem głęboki wdech po czym upiłem łyka herbaty, spojżałem na przyjaciela i odpowiedziałem:
-Ze mną jest ok, ale co się z tobą dzieje?
-Nic. Wszystko jest w jak najlepszym porządku, a czemu pytasz?-odpowiedział i zaśmiał się pod nosem tym samym patrząc się na wszystkie strony, tylko ciągle uważał aby nie spojrzeć na moją osobę. To nietypowe zachowanie zielonookiego tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś jest na rzeczy, tylko co takiego i czy ma to bezpośredni związek ze mną? Tyle pytań miałem teraz w głowie ale wszystkie- przynajmniej jak dla mnie -były głupie i bezsensowne. Bałem się, że powiem coś niestosownego do sytuacji w której się znaleźliśmy więc wydałem z siebie tylko: "Tak tylko pytałem". Chłopak najwidoczniej chciał zmienić- jakże niezręczny - temat.
-Wziąłeś leki?-spytał odwracając przysłowiowego kota ogonem
-Tak. Tylko antybiotyk i lek na gardło?-odpowiedziałem sprawdzając czy napięcie wywołane moim pytaniem minęło.
-Dokładnie. Słuchaj muszę na chwilę wyjść. Przeżyjesz sam w mieszkaniu?-spytał żartobliwie
-No nie wiem czy dam radę.-również odpowiedziałem żartem
-To ja idę, wrócę za jakąś godzinę.-odpowiedział wychodząc z pokoju, po chwili usłyszałem dźwięk zamykania drzwi frątowych. Dobra czyli mam godzinę aby przeszukać pokój Kendalla. W między czasie zerknąłem na telefon- jedna nowa wiadomość od Erin. Odczytałem treść wiadomości, dziewczyna nie mogła przyjść ponieważ ma teraz najgorszy okres na studiach i musi się ciągle uczyć. Może to i lepiej, że nie może wpaść... W jednej chwili ocknąłem się z zamyślenia i ruszyłem do pokoju Kendalla. Kiedy wszedłem do środka moim oczom rzucił się zeszyt koloru jaskrawego żółtego leżący na łóżku, już od samego patrzenia na przedmiot bolały oczy. Bez dłuższego namysłu usiadłem na łóżku i chwyciłem zeszyt w rękę, starannie przeglądałem wszystkie strony, przejrzałem zeszyt do połowy gdy moim oczon ukazał się jakiś tekst. Nie był to tekst piosenki czy cytaty z książek, po prostu myśli przelane na papier. Zdanie po zdaniu, zawięcie wertowałem treść tekstu zapisanego niezbyt czytelnym pismem. Moją uwagę przykuł jeden fragment: "(...) Sam nie wiem co się ze mną dzieje, myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi ale może czuję do niego coś więcej niż tylko przyjaźń..."
-Więcej niż przyjaźń... czuję do niego coś więcej niż tylko przyjaźń...-powiedziałem sam do siebie, teraz już byłem pewny, że coś jest na rzeczy więc zacząłem czytać dalej "(...) najgorsze jest w tym wszystkim to, że on ma dziewczyne". Z całej naszej czwórki tylko ja i Carlos mamy dziewczyny... no kurwa piękne, czyli chodzi o mnie albo o Carlosa. W jednej chwili usłyszałem jak ktoś wchodzi do domu, wyrwałem kartkę z zeszytu po czym zamknąłem go i czym prędzej pobiegłem w stronę toalety, że niby idę do łazienki.
-I jak się czujesz?-usłyszałem za sobą głos Schmidta gdy tylko wyszedłem z toalety. Spojrzałem w stronę blondyna, pachniał jakoś dziwnie... jagby siedział cały tydzień u psychologa. Pachniał- albo raczej śmierdział -jakimiś kadzidełkami.
-Już lepiej.-odpowiedziałem uśmiechając się lekko. W pewnym momencie poczułem się dziwnie, zrobiło mi się słabo.
-Logan co ci jest?! Jesteś cały blady!-krzyknął przestraszony Kendall
-Sam... nnn nie niewiem...-szepnąłem po czym upadłem na kolana i chwilę po tym straciłem przytomność.
Obudziłem się w swoim pokoju. Leżałem na łóżku, w ustach miałem termometr. Podniosłem lekko głowę i spojrzałem przed siebie, zobaczyłem Kendalla siedzącego na skraju łóżka i przyglądającego mi się z wyraźną radością.
-Wiem co było przyczyną twojego osłabienia.-zaczął po czym spuścił głowę w dół i westchnął ciężko-Przedawkowałeś leki, wziąłeś pięć albo sześć tabletek tego antybiotyku a dozwolone jest zarzywanie max. dwie tabletki na dzień.-dodał
-O boże...-szepnąłem wystraszony, przecież mogłem umrzeć!
-Spokojnie, po tej ilości tabletek byłeś tylko osłabiony. Co innego gdybyś zażył o dwie lub trzy tabletki więcej. W tedy grabaż mógł by ci dołek kopać.-powiedział spoglądając na mnie
-Kendall... jesteśmy przyjaciółmi?-spytałem ni z twgo ni z owego
-Mo jasne, że tak. A co? Coś się stało?-spytał zatroskany
-Gdzie dzisiaj byłeś? Gdy wróciłeś zalatywało od ciebie jakimś kadzidełkiem...-mruknąłem
-Ymm... byłem u ciotki, ona uwielnia te kadzidełka.-odpowiedział przygryzając dolną wargę co było oznaką tego, że Kendall kłamie.
-Aha, no do dobra. Chyba się teraz kimnę.-odpowoiedziałem ziewając.
-Ty cwaniaku, najpierw oddaj termometr.-zaśmiał się wyciągając przedmiot z moich ust po czym skierował się do wyjścia, wychodząc rzucił ciche: "Dobranoc" po...czym zamknął drzwi do mojego pokoju. Przykryłem się kołdrą i odpłynąłem w sen.

*Kendall*
Nie mogłem zasnąć, coś nie dawało mi spokoju.  Źle się czułem okłamując mojego przyjaciela ale chyba nie podejdę do Logana i powiem "Stary kocham cię". Pomyśli sobie, że jestem jakiś nienormalny. Przewróciłem się na prawy bok, moim oczom ukazał się mój neonowy zeszyt. Podniosłem się i wziąłem go do ręki. Ze środka zeszytu wypadł długopis, wziąłem go w prawą rękę. Zacząłem przeglądać kartki aż w końcu natrafiłem na niezapisaną stronę. Wziąłem długopis w rękę i przelałem swoje myśli na papier. Poczułem się nawet lepiej ale nadal ta sprawa nie dawała mi spać. Spojrzałem na zegar, była czwarta w nocy a o siódmej muszę wstać  Schowałem twarz w poduszkę i zacząłem przeklinać los dla czego akurat mnie to spotkało. W końcu podziałało. Zasnąłem. Niestety siódma wybiła bardzo szybko, oczywiście wstałem na pół przytomny i w pierwszej kolejności wyrzuciłem budzik przez okno. Wyciągnąłem czyste ubrania z szafy, poszedłem do łazienki aby się odświeżyć. Po dziesięciu minutach spędzonych w łazience poszedłem do kuchni. Idąc do mojego ulubionego pomieszczenia w domu musiałem przejść przez salon. Przechodząc przez pokój starannie przeczesałem go wzrokiem. Wszystko było w jak najlepszym porządku, lama stojąca pod ścianą, telewizor wyłączony, Logan śpiący pod stolikiem z namalowanymi wąsami, pilot na sofie pobrudzonej czymś dziwnym. Zaraz zaraz, Logan śpiący pod stolikiem? ...Loading... Loading... Boże co on tam robi?! Podszedłem do przyjaciela po czym szturchnąłem go w ramię
-Loggie, wstawaj.-szturchnąłem go. Chłopak odpowiedział mi na to głośnym chrapaniem-Sam tego chciałeś...-mruknąłem sam do siebie po czym poszedłem do kuchni. Z szafy wyciągnąłem wiadro, które następnie napełniłem wodą. Wróciłem do salonu i zawartość wiadra wylałem na Logana.
-Zimnooo!!!!-krzyknął i natychmiast stanął na równe nogi. Dopiero teraz mogłem mu się dokładnie przyjrzeć. Czerwone oczy wskazywały na to, że płakał, włosy w nieładzie, bluzka ubrudzona chyba czekoladą... jednym słowem Logan wyglądał jak siedem nieszczęść.
-Co ci się stało?-spytałem zaskoczony stanem przyjaciela.
-Nic...-mruknął cichutko a z jego oczu poleciało kilka łez
-Wiem co ci poprawi humor. Siadaj na kanapie a ja zaraz wróce.-uśmiechnąłem się lekko po czym poszedłem do kuchni gdzie przygotowałem coś co zawsze pomagało Loganowi humor- kakao z bitą śmietaną.
-Zobacz co mam.-powiedziałem z entuzjazmem niosąc dość sporawe kubki napełnione kakaem i bitą śmietaną
-Chyba nawet to nie poprawi mi humoru.-mruknął biorąc o de mnie kubek.
-To... powiesz mi czemu jesteś taki przybity i co robiłeś pod stolikiem, i skąd się wzięła ta lama?-spytałem wskazując palcem na zwierze
-Ale muszę?-spytał, wiedziałem, że najchętniej zaszył by się w swoim pokoju pod stertą poduszek.
-Tak.-odparłem krótko
-Erin ze mną zerwała.-powiedział ledwo słyszalnym, pełnym bólu głosem. Spojrzałem na Logana, jego oczy zrobiły się zaszklone.
-O matko, ale jak to się stało? Przecież byliście taką dobraną parą.-wiem, że to okropne cieszyć się na wiadomość o zerwaniu przyjaciela z dziewczyną. Ale tak cholernie się ucieszyłem na tą wiadomość, w głębi duszy cieszyłem się jak małe dziecko jednak musiałem zachować powagę.
-Zadzwoniła do mnie z prośbą i spotkanie. Więc poszedłem w wybrane przez nią miejsce. Tam powiedziała mi, że oddalamy się od siebie a ona nie chce angażować się w coś bez przyszłości. Potem powiedziała, że z nami koniec a potem odeszła. Tak po prostu...-szepnął a z jego oczu popłynęły łzy, było ich całkiem sporo
-Logan nie płacz. Znajdziesz sobie inną, lepszą...-próbowałem pocieszyć go jakoś, jednak na próżno. Wziąłem chusteczki leżące na stoliku po czym podałem jedną z nich brunetowi
-Może masz racje...-powiedział biorą łyka napoju
-To powiesz mi co robiłeś pod stolikiem i skąd wzięła się ta lama?-pokazałem palcem zwierzaka który w tym momencie zjadał moje stare spodnie
-Po tym jak zerwała ze mną potrzebowałem czegoś na rozluźnienie. Więc od takiego jednego gościa kupiłem kokainę. Potem wciągnąłem jakąś jedną czwartą woreczka. I chyba nie muszę się tłumaczyć co było dalej.-mruknął ponownie biorąc łyka napoju
-Stary... ja nie wiedziałem, że jesteś do rego zdolny...
-Wiem. Sam się za siebie wstydzę.-powiedział patrząc się tęmpo w podłogę
-Ymmm... Logan, jaaa chciałbym ci coś pppowiedzieć.-zacząłem jąkając się
-Jasne, zamieniam się w słuch.-uśmiechnął się lekko
-Bo ja... to znaczy ty... bo ja...-urwałem-Kocham cię.-w końcu to z siebie wydusiłem
-Że co?!-krzyknął zszokowany upuszczając kubek, który rozbił się przez uderzenie w podłogę.
-Kocham cię.-powtórzyłem
-Aaaa ale jak to?-spytał już spokojniejszym tonem
-Posłuchaj, wtedy kiedy wychodziłem na miasto tak na prawdę szedłem do psychologa.
-Ale czemu?-zapytał zaciekawiony
-Ehhh... jakiś czas temu zauważyłem, że lubię cię w inny sposób. Uznałem, że to dziwne więc zgłosiłem się do psychologa.-powiedziałem. Chwilę popatrzyłem na zszokowanego Logana po czym zbliżyłem się i pocałowałem go w policzek
-Kendall... wybacz ale ja nie lubię cię w ten sposób. Ja nie jestem g...gejem.-szepnął robiąc krok w tył
-Oh, wybacz.-odparłem. Po mojej wypowiedzi nastała niezręczna cisza. W jednej chwili usłyszałem jak Logan mówi "A co mi tam" potem podszedł do mnie i czule pocałował w usta.- Jesteś tego pewien?-spytałem
-Chyba obojgu nam odbiło.-uśmiechnął się ponownie mnie całując. Ten dzień spędziliśmy razem, następnego dnia w gazecie ukazał się artykuł "Czy Kendall Schmidt i Logan Henderson są parą?". Razem z moim nowym chłopakiem olaliśmy to, oczywiście nie obyło się bez hejtów ale nasi wierni fani wysyłali nam wiadomości typu "Gratulacje! Jesteście świetną parą!" itp. Mam tylko nadzieję, że żaden z nas nie będzie tego żałował...
__________________________________________________
Hejka, zaraz na początku chcę powiedzieć, że jednorazówka jest na podstawie snu który prześladował mnie 3 miesiące (śnił mi się co noc). Sorki wielkie, że zrobiłqm z chłopaków gejów ale tak jakoś wyszło... heh to miłego dnia :)

~Sonny <3333

piątek, 13 czerwca 2014

Rozdział 24

*Camille*
Przemyślałam wszystko przez chwilkę po czym pokiwałam głową na "tak".
-No to choć kochanie.-Logan uśmiechnął się i wyszedł z namiotu wcześniej łapiąc mnie za rękę
-To... gdzie mnie prowadzisz?-spytałam zaciekawiona, chłopak nic nie odpowiedział tylko zakrył mi chustą oczy.-Logan...-zaczęłam ale zamknął mi usta pocałunkiem
-Musisz wszystko wiedzieć?-spytał wesoło
-Hmm... to zależy.-odpowiedziałam i uśmiechnęłam się lekko. Nie usłyszałam potem żadnej odpowiedzi tylko poczułam jak Logan bierze mnie na ręce i gdzieś niesie.
-Ty wiesz, że umiem sama chodzić?-spytałam zaskoczona zachowaniem mojego chłopaka
-Wiem ale wolę cię tak zanieść.-odpowiedział i przez całą drogę nie odezwał się słowem. W końcu wielmożny pan Logan postawił mnie na ziemi i zdjął opaskę z oczu. Zobaczyłam śliczny drewniany domek, był na prawde piękny.
-Podoba się?-spytał ciekaw mojej reakcji
-I to jak, jest piękny.-szepnęłam zachwycona
-To chodźmy do środka.-uśmiechnął się łobuzersko i pociągnął mnie w stronę domku. Otworzył prze de mną drzwi i weszłam do środka. Wnętrze było pięknie użądzone, kominek, który dodawał uroku pomieszczeniu. Na podłodze były rozsypane płatki róż. Logan chwycił mnie za rękę i zaprowadził chyba do ogrodu. Stała tam wilka biała altana, w jej wnętrzu znajdował się stolik nakryty bardzo elegancko. Spojrzałam na ziemię i zauważyłam, że płatki róż prowadzą właśnie do tej altany.

*Logan*
-Choć Camille.-uśmiechnąłem się i zaprowadziłem moją ukochaną do stolika. Kiedy już oboje siedzieliśmy na swoich miejscach postanowiłem pierwszy zacząć rozmowę.
-I jak ci się to podoba?-spytałem patrząc w jej cudowne brązowe oczy
-Jest ślicznie.-powiedziała wesoło- Ale czemu mnie tu przyprowadziłeś?-dodała po chwili
-Ostatnio mamy dla siebie coraz mniej czasu. Chciałem jakoś wykorzystać nasz wyjazd pod namiot.-odparłem szybciej niż pomyślałem
-Aha...-mruknęła
-Coś nie tak? Jak chcesz to możemy wracać.-szepnąłem i wstałem zrezygnowany z krzesła
-Nie, nie.-zaprzeczyła szybko-Tylko czasem mam wrażenie, że tylko ty angażujesz się w ten związek.-dodała podchodząc do mnie. W jednej chwili, gdy patrzyłem jej w oczy, dostrzegłem ogniki, których nigdy w cześniej u niej nie widziałem. Zamyśliłem się tylko chwilkę, gdy poczułem czyjąś dłoń na policzku.
-Co masz namyśli?-spytałem zdezorientowany zaistniałą sytuacją. Nic nie odpowiedziała tylko pocałowała mnie jak w tedy- w namiocie. Momentalnie poczułem narastające ciepło. Odsunąłem się na moment od dziewczyny i popatrzyłem na nią pytająco.
-Do czego zmierzasz?-spytałem
-Pomyśl.-szepnęła i znowu obdarzyła mnie czułym pocałunkiem. Przeanalizowałem to co powiedziała Camille i po chwili wziąłem ją na rece i zaniosłem do sypialni. Potem już chyba wiadomo co się stało, mam tylko nadzieję, że Camille nie będzie tego żałować...

*Carlos*
Było już grubo po północy więc wszyscy poszli do swoich namiotów. Gdy tylko położyliśmy się Miri zamknęła oczy i zasnęła. Przeczesałem dłonią włosy i położyłem się obok mojej dziewczyny. Ta nac miała być chłodna więc przykryłem ją kocem.
-Dobranoc aniołku.-ucałowałem ją w czoło i sam udałem się do mojej ulubionej krainy zwanej "krainą snów".
Rano obudził mnie śpiew ptaków, niechętnie wyszedłem z namiotu. Promienie słoneczne chwilowo mnie oślepiły ale z biegiem czasu moje oczy przyzwyczaiły się do światła. Ziewnąłem i zrobiłem poranną gimnastykę, kiedy skończyłem usłyszałem tylko czyjś krzyk i po chwili wylądowałem ba ziemi przygbieciony przez Kendalla
-Stary no!-krzyknąłem wstając z ziemi i otrzepując spodnie z kurzu
-Sory, gram z dziewczynami w paintball'a, zabrały mi broń i teraz mnie gonią. Błagam bądź człowiekiem, pomóż!-krzyknął błagając mnie na klęczkach
-Dobra, dobra. Właź do namiotu a ja powiem, że cię nie widziałem.-tak jak powiedziałem tak też zrobił. Kiedy tyłek Kendalla zniknął mi z oczu przybiegły dziewczyny.
-Gdzie on?!-krzyknęła wściekła Jo, blondynka była cała mokra a jej ubrania były pokryte... farbą i błotem. "Tak Kendall, ty im nic nie zrobiłeś"-pomyślałem sobie. Swoją uwagę przeniosłem na brunetkę, w jej oczach było widać żądzę mordu. Nie dziwie jej się, na twarzy miała narysowane wąsy a jej bluzka była cała w strzępach. Chwilkę pomyślałem i w końcu doszedłem do wniosku, że powiem im gdzie jest Kendall.
-W naszym namiocie.-powiedziałem zwracając się do mojej dziewczyny- Tylko nie zniszcie namiotu.-dodałem a te jak huragan wparowały do namiotu. Zaśmiałem się w duchu i ruszyłem w stronę ogniska. Wyjąłem z mojej torby (tej w której miałen jedzenie) kanapkę z serem, ogórkiem i sałatą oraz butelkę wody gazowanej. Szybko zjadłem śniadanie i poszedłem zobaczyć czy przypadkiem dziewczyny nie rozwaliły namiotu w drobny mak. Kiedy doszedłem na miejsce zamórowało mnie. Namiot był w strzępach, wyglądał jagby dobrał się do niego niedźwiedź albo inne stworzenie
-Miranda!!!-wrzasnąłem wściekły i już po chwili zza moich pleców wyłoniła się wezwana prze ze mnie osoba.
-Tak kochanie?-spytała słodziutko
-Co to ma być?-wskazałem palcem na przedmiot, który jeszcze niedawno służył za miejsce do spania.
-Rozwalony namiot.-odpowiedziała obojętnie i uśmiechnęła się niewinnie
-Tak! Tylko czemu jest rozwalony?-spytałem wściekły, czułem jak krew się we mnie gotuje
-Razem z Jo chciałyśmy zabić Kendalla.-odpowiedziała krótko i pokazała dobrze znany wojskowy gest
-Ja pierdole...-mruknąłem i zrezygnowany usiadłem na trawie
-No Carlos.-uśmiechnęła się i usiadła na przeciwko mnie
__________________________________________________
Hejka, wybaczcie, że tyle czasu mnie nie było ale dostałam szlaban za bójkę w szkole. Bogu dzięki, że chłopacy z klasy wstawili się za mną i skończyło się na uwadze. Teraz do was wracam i postaram się dodawać rozdziały regularnie (chyba, że coś mi wypadnie) ostatnio pracuję też nad jednorazówką (muszę jeszcze pomyśleć nad fabułą). Chciałabym jeszcze podziękować za komentarze <3 Miłego dzionka

~Sonny <3333